Małgorzata Szopińska jest doktorantką Politechniki Gdańskiej. Nam opowiada o swojej największej naukowej przygodzie - przez miesiąc pracowała na Antarktydzie.

Pierwsze wrażenie po postawieniu stopy na Antarktydzie? Wieje! I to jak! Prędkość wiatru dochodzi tam nawet do 20 metrów na sekundę. Ale kiedy się leci na drugi koniec świata, żaden wiatr nie jest w stanie przeszkodzić w osiągnięciu celu. Doskonale wie o tym Małgorzata Szopińska, doktorantka Wydziału Chemicznego Politechniki Gdańskiej, która wspomina swoją podróż marzeń.

Naukowe tajemnice

Na co dzień Małgorzata prowadzi badania dotyczące wpływu zmian zachodzących na obszarach występowania wieloletniej zmarzliny na skład chemiczny wód powierzchniowych. Promotorem jej pracy doktorskiej jest prof. dr hab. inż. Żaneta Polkowska. Na Antarktydę z Małgorzatą wybrała się jej promotor pomocnicza, dr Danuta Szumińska. Panie przez miesiąc zgłębiały tajemnice tej niesamowitej części świata.

Ich głównym zadaniem było zebranie próbek wody i gleby, a potem zbadanie ich pod kątem substancji szkodliwych dla środowiska docierających do Antarktyki z transportu dalekiego zasięgu, czyli z Ameryki Południowej czy Afryki.

Jak tam dotrzeć?

Małgorzata dotarła na miejsce w środku lata, czyli... na początku stycznia. Tak, tak, kiedy u nas jest zima, tam pogoda jest w miarę łaskawa (w ciągu dnia jest tam nawet kilka stopni powyżej zera).

- To była długa podróż - opowiada. - Z Paryża wyleciałyśmy minutę po północy w sylwestrową noc. Pierwszy raz witałam Nowy Rok w taki sposób. Doleciałyśmy do Santiago w Chile, a stamtąd krajowymi liniami do Punta Arenas. Tam w końcu 3 stycznia wsiadłyśmy do samolotu, który zabrał nas na Antarktydę. Właściwie powinno się mówić „do Antarktyki”, ponieważ Antarktyda traktowana jest jako kontynent, a Antarktyka to wszystkie wyspy i pobliskie wody oceaniczne. My byłyśmy na jednej z wysp - Wyspie Króla Jerzego. Mamy tam całoroczną polską stację badawczą.

Pingwin za rogiem

Najważniejsze było to, żeby zawsze mieć na sobie ubrania chroniące przed wiatrem. Kalosze też były niezbędne. W teren wychodziło się na osiem godzin, czasem na jeszcze dłużej. Dlatego nie można było też zapomnieć o termosie z gorącą herbatą z dodatkiem soku malinowego. I tak przygotowanym można było wyruszyć w nieznane.

Małgorzata zetknęła się z zupełnie innym światem. Spotkanie z pingwinem albo warczącą uchatką nie jest tam niczym niezwykłym - wystarczyło otworzyć drzwi stacji badawczej. Chociaż akurat pingwiny lepiej było zostawić w spokoju, bo właśnie przeżywały okres lęgowy.

Na wyspie można było też zobaczyć foki albo słonie morskie (niestety, nie pachną one najlepiej, poza tym są naprawdę ogromne, więc czasem bezpieczniej było trzymać się z daleka).

A w związku z bezpieczeństwem - całe szczęście, że nie trzeba było nosić ze sobą broni. Jest ona wymagana, kiedy się wyląduje na dalekiej Północy. Chodzi o to, że w każdej chwili może nas zaatakować niedźwiedź polarny. Lepiej więc mieć się na baczności.

Ale i na Wyspie Króla Jerzego bywały momenty, gdy na ciele pojawiała się gęsia skórka.

- Kiedy szłyśmy na lodowiec zbierać próbki, z uwagi na bezpieczeństwo zabezpieczałyśmy się liną. Wówczas należało maszerować w narzuconym tempie, a kiedy trzeba było przeskoczyć przez szczelinę, nie było czasu do namysłu. Każdy niezdecydowany ruch mógłby się okazać niebezpieczny dla pozostałych uczestników wyprawy - opowiada Małgorzata.

Ale co tam zjeść?

Pytanie wydawałoby się banalne, ale przecież sklepów tam nie uświadczymy. Co więc się jada w polskiej stacji badawczej?

- Jedzenie było przepyszne! Od poniedziałku do piątku gotowała nam kucharka, w weekendy sami dyżurowaliśmy w kuchni. Oprócz naszej ekipy, były tam i inne grupy badawcze. Byli Japończycy, Hiszpanie, Chilijczycy. Byli klimatolodzy, biolodzy i paleobiolodzy, a tych, jak wiadomo, można rozpoznać po tym, że zawsze chodzą z głową w dół i wszędzie szukają skamieniałości - śmieje się Małgorzata.

I tłumaczy, że we wrześniu z Gdyni wypływa statek, który jest obładowany żywnością - pomidorami, ogórkami, jabłkami i wszelkimi mrożonkami, jak również wszystkim tym, co może się przydać na stacji badawczej, a więc np.... futrynami drzwi potrzebnymi do remontu.

Na Wyspie Króla Jerzego Małgorzata spędziła miesiąc, którego zdecydowanie nigdy nie zapomni.

- Co rano dziękowałam Bogu za to, że mogę tu być - mówi na koniec Małgorzata. Swój doktorat planuję obronić we wrześniu.

monika.jankowska@polskapress.pl