Znajomi czasem się boją, czy aby czegoś nie wyczytają w moich książkach o sobie - przyznaje Natalia Sońska, pochodząca z Łańcuta pisarka powieści obyczajowych, studentka prawa na Uniwersytecie Rzeszowskim.

Trzy wydane książki, wkrótce czwarta. To znaczy, że ma już Pani grono wiernych czytelniczek. Jaki był ten pierwszy impuls, by zasiąść do pisania?

Zaczęłam, nie mając w ogóle w planach wydania książki. Na pierwszym roku. Trwała sesja, a ja potrzebowałam czegoś totalnie oderwanego od prawa, odskoczni od książek i podręczników typowo związanych ze studiami. Postanowiłam stworzyć historię płynącą prosto z serca.

Tak właśnie powstała „Garść pierników, szczypta miłości”. Pisałam ją dosyć długo, bo trzy lata. Oczywiście z przerwami. Nie śpieszyłam się, powoli dopisywałam wątki. To miało być tylko dla mnie, ale kiedy postawiłam ostatnią kropkę, pomyślałam, że jednak fajnie by było podesłać materiał do jakiegoś wydawnictwa. A może akurat się uda? Tak też się stało.

Historia z pierwszego bestsellera jest prawdziwa, czy wykrojona z wyobraźni?

Jest od początku do końca wymyślona, choć zdarzają się w powieści momenty, krótkie historyjki, które rzeczywiście miały miejsce w życiu bliskich, ale są to tak drobne elementy, że wychwycą je tylko oni. Każdy wątek powstawał w przypływie chwili, na gorąco. Bez zamysłu, jak będzie się toczył i jak się skończy. Pisałam wtedy, kiedy przychodziła ochota, wena. Nie gonił mnie żaden termin. Teraz jest inaczej. Wyznaczam sobie dni i godziny, kiedy mam usiąść przed komputerem.

Gdy się już zacznie, to dalej samo leci?

To nie tak. Oczywiście, że bywają przystanki. Najciężej jest ruszyć po dłuższej przerwie. Zdarzało się i tak, że w połowie książki zupełnie nie wiedziałam, co dalej, żeby wyszło jak najlepiej, najciekawiej. Kilka dni chodziłam z kotłującymi się pomysłami w głowie. Kiedy już jednak trafiłam na właściwy kierunek, potrafiłam zapisać kilka, kilkanaście stron pod rząd.

Czyta Pani po sobie, robi poprawki, notatki, kreśli, zmienia, wyrzuca?

Tak. Zazwyczaj zapisuję sobie w pliku pod spodem myśli, uwagi, albo na jakiejś kartce obok. Staram się potem do tego wracać i wprowadzać poprawki do powieści. Często jest też tak, że zmieniam całe fragmenty, kiedy uważam, że nowy pomysł jest lepszy niż poprzedni. Muszę wtedy korygować całą fabułę.

Lubi Pani mnogość bohaterów czy raczej skupienie się na jednym?

Wolę drugą opcję. Wszystkie moje książki opierały się na jednej głównej bohaterce. Narrator przeżywał razem z nią, wchodził w jej myśli. Nie próbowałam jeszcze pisać z perspektywy dwóch czy większej liczby bohaterów.

Powiedziała Pani rodzinie, że pisze powieść?

Nie. Rodzice i siostra dowiedzieli się o tym, że wydaję książkę, dopiero wówczas, kiedy okładka „Pierniczków” ukazała się w zapowiedziach na stronie wydawnictwa. Nie mogli uwierzyć. Tylko moja przyjaciółka, która jest recenzentem książkowym, przejrzała wcześniej powieść, ale pobieżnie. Pomyślałam, że jej opinia będzie cenna, bo obiektywna. Pokazałam jej tylko kilka fragmentów, ale to wystarczyło. Namawiała mnie, że muszę to wysłać do wydawnictwa. Kiedy później przeczytała całość, podobało się jej. Podbudowało mnie, że książka trafiła w gust kogoś mi bliskiego.

Jak zareagowała reszta znajomych?

Byli bardzo zaskoczeni. Koleżanki na początku myślały, że to książka kucharska (śmiech).

To co dalej: prawo czy pisarstwo?

Sama sobie coraz częściej zadaję takie pytanie. Wiem, że dojdę do punktu, w którym będę musiała wybrać.

Chciałabym pogodzić pisanie i pracę w zawodzie, bo po to studiuję, żeby z prawem związać jakoś przyszłość. Może nie będę wydawać książek tak często jak teraz, ale ja naprawdę kocham pisać i z tego nie zrezygnuję. Nawet jeżeli kiedyś miałabym znowu tworzyć tylko do szuflady.

Widzi się Pani w roli sędziego?

Bardziej prokuratora. Wiem jednak, że bardzo ciężko dostać się na aplikację, ciężko ją później zdać, a i sam zawód jest dość obciążający. Zobaczymy. Czas pokaże.

Ile czasu zostało jeszcze do obrony?

Jestem na piątym roku, więc już tylko kilka miesięcy. Piszę właśnie pracę magisterską z prawa konstytucyjnego, czyli tematu na czasie (śmiech).

Często literatura kobieca jest niedoceniana, dyskredytowana jako ta drugiej kategorii.

Nie wiem, skąd bierze się ta opinia. Może właśnie dlatego, że czytają ją w większości panie? Tymczasem jest to forma bardzo wymagająca, bo i grono odbiorców wielkie.

Jeśli ktoś nie miał jeszcze okazji zatopić się w Pani lekturach, to o czym one opowiadają?

Historia z „Garści pierników, szczypty miłości” umiejscowiona jest w okresie okołoświątecznym, czyli w czasie, kiedy wszystkie wartości, na które człowiek powinien zwracać uwagę, są uwypuklone. Opowiada o kobiecie, która zraniona przed laty ponad wszystko stawia na swoją pracę, dążenie do sukcesu, a nie na miłość, rodzinę czy zaufanie. W ten grudniowy czas poznaje człowieka, który pozwala jej zmienić postrzeganie świata i dzieją się cuda. Nie jest to jednak przesłodzona opowieść, ale nastraja pozytywnie.

„Mniej złości, więcej miłości” to kontynuacja historii, lecz z perspektywy przyjaciółki głównej bohaterki. Jest już mniej romantyczna, pojawia się nawet wątek sensacyjny z zagadką do rozwiązania. Cieszę się, kiedy czytelnicy mówią, że zakończenie ich zaskakuje.

„Obudź się, Kopciuszku” jest także o kobiecie, która została doświadczona przez życie. Wyjeżdża ze znajomymi do Zakopanego, co jest dla niej niezwykłym wyzwaniem, bo raczej zamknięta na ludzi, stroni od wyjazdów, imprez. Także poznaje kogoś, kto pozwala jej otworzyć się i spojrzeć na życie zupełnie inaczej. Dwie pierwsze powieści dzieją się w Warszawie, a ostatnia w Krakowie i stolicy Tatr.

Jestem zakochana w górach. Musiałam to z siebie wyrzucić i przenieść na karty książki. Moje bohaterki mają około 30 lat. Rozbieżność wiekowa czytelniczek jest ogromna. Od licealistek, jak moja siostra, po dojrzałe panie, które wiele już przeżyły. Miło jest od nich słyszeć pozytywne opinie.

A może któraś z kolejnych powieści będzie się działa gdzieś na Podkarpaciu? Może w Rzeszowie lub Łańcucie?

Zarys takiej książki mam, bo przyznam, że już kilka osób zwracało mi na to uwagę. Być może kiedyś usiądę i opiszę historię ulokowaną w tutejszej rzeczywistości.

Jak znosi Pani krytykę, jeśli taka się pojawia?

Pojawia się, oczywiście. Różne są zdania. Szanuję ją, bo każdy czytelnik ma prawo do swojej opinii. Nie trafię w gust każdego odbiorcy. Nie każda krytyka jest jednakże konstruktywna. Na pewno czytam recenzje. Dla mnie to też jakaś nauka.

Jakie to było uczucie, kiedy pierwszy raz, idąc do księgarni, dostrzegła Pani znajomą okładkę na półce? Może jak bohaterka popularnego serialu przekładała Pani swoją książkę tak, by była jeszcze bardziej widoczna?

(Śmiech) To był szok, niedowierzanie. Przyznam, że trochę się bałam tego pierwszego razu, dlatego najpierw wysłałam koleżanki, żeby zobaczyły, czy już jest. Mam mnóstwo zdjęć z wielu księgarń. Zrobiły je przyjaciółki.

Na ukończeniu jest już czwarta książka?

Tak, już została nawet odesłana do wydawnictwa. Ukaże się wiosną. Dokładnej daty jeszcze nie znam. Wiele nie mogę o niej powiedzieć, poza tym, że bohaterów moi czytelnicy już poznali.

Skąd czerpie Pani pomysły? Podsłuchuje Pani o czym ludzie mówią w kawiarni, autobusie?

To na pewno też pomaga. Nie przeczę, że obserwuję to, co się dzieje wokół. Staram się jednak nie robić tego w stosunku do znajomych, bo czasami słyszę, że boją się, czy aby czegoś nie wyczytają w moich książkach o sobie. Uspokajam ich, że nie.

I naprawdę nikt się nie odnajdzie na kartach pod zmienionym imieniem?

Nie. Nie ma osoby, która byłaby skopiowana. Może tylko pojedyncze cechy jakichś bohaterów, bo tego się nie da całkowicie odłączyć, ale nie ma osoby wiernie odwzorowanej. Zwierzenia, prywatne rozmowy, absolutnie tego nie przenoszę. Obserwacje obcych ludzi potrafią być inspirujące. Choćby w sklepie spożywczym może się zdarzyć sytuacja, którą później momentalnie w głowie ubiorę w cały szereg innych wydarzeń.

Kupuje Pani ser czy wędlinę, coś się fajnego dzieje. Świetna pamięć czy notes pod ręką pomagają, by ta chwila nie uleciała?

Czasem zdarza się, że notuję. Bywało już, że robiłam zapiski na paragonie, bo nie miałam nic innego pod ręką. Dzięki temu historie są życiowe, a książki zyskują na autentyczności.

Co poradziłaby Pani dziewczynom, które piszą tylko do szuflady, bo brakuje im odwagi, by te rzeczy stamtąd wyciągnąć na światło dzienne?

Nie można się tego bać. Jeśli mają gotowy projekt, wysłanie go do wydawnictwa nic nie kosztuje. Ja wysłałam do kilku wydawnictw, a potem o tym zapomniałam. Niecały miesiąc później dostałam odpowiedź na „tak” i byłam w szoku. Pamiętam uczucia, które później mi towarzyszyły. Ogromne szczęcie, satysfakcja. Między innymi dla doświadczenia tych emocji, każdy, kto myśli wydać coś swojego, powinien spróbować.

Jaki jest Pani codzienny świat?

Jestem zwyczajną studentką, która lubi się spotykać ze znajomymi, chodzić do klubów, na koncerty. Bardzo długo tańczyłam w zespole tanecznym Rytm w Łańcucie. Ciepło wspominam ten czas. Zespół był taką drugą rodziną. Nadal mam z nim kontakt. Siostra tańczy.

Co kupiła Pani za pierwsze zarobione pieniądze?

Zainwestowałam je w siebie. Wyjechałam do Krakowa na trzymiesięczne praktyki.