Stara była gotowa na życie z dala od ojczyzny, ale Czekolada zakochał się w Polsce. Mówią do siebie po angielsku, ale kłócą się po portugalsku. Weronika Pruss da Cruz opowiada, jak to jest mieć w Polsce czarnoskórą rodzinę. - Macierzyństwo pokazało mi, że miłość może być bezgraniczna. Za dzieci dałabym sobie obciąć ręce, nogi. Za ukochanego Czekoladę - nawet paznokci nie - mówi pani Weronika.

Życie Waszej mieszanej rodziny można podpatrzeć na blogu „Moje trzy kostki czekolady”. Jego bohaterowie to Czekolada, czyli Janu, pieszczotliwie zwany Starym, „karmelowy Bąk”, czyli najstarszy syn, 3-letni Gabryś, i „Klusku w kolorze toffi”, czyli półtoraroczna Gloria. W drodze jest kolejna kostka czekolady. I jest Stara, czyli Ty. Jak to jest mieć czarnoskórą rodzinę w Polsce?
Fantastycznie. Jesteśmy taką samą rodziną, jak każda inna.

Otaczają nas życzliwi ludzie. Na rodzinnych spacerach (właściwie przy każdej okazji, gdy tylko pokazujemy się wśród ludzi...) wzbudzamy zainteresowanie, ale nigdy nie spotkało nas nic przykrego. Co prawda Bąk nie rozumie, czemu wszystkie mamuśki na placu zabaw chcą dotykać jego włosów. Ale uśmiecha się ujmująco i z marszu zakochuje w ich córeczkach, bo jest dość kochliwy. Może to kwestia genów - Czekolada, choć wychował się w Portugalii, pochodzi z Gwinei Bissau w Afryce (co podkreśla, jak tylko może). Nie ma tygodnia, w którym ktoś by nas nie zaczepił na ulicy, w supermarkecie, w kolejce na poczcie i nie powiedział, jakie śliczne czekoladowe dzieci, jakie włoski kręcone... Maluchy z sąsiedztwa lgną do Czekolady, koledzy naszych dzieci łatwo nawiązują z nim kontakt, bo jest ciepły, sympatyczny. Odbieramy to wszystko jako miłe znaki sympatii.

A znaków nietolerancji nie ma?
Polska to cudowny kraj, a Polacy to wspaniali ludzie, choć tak często my sami nie umiemy tego docenić. Pokutuje wiele stereotypów o obcych kulturowo czarnoskórych i radykalnych światopoglądowo Polakach. Nie mam pojęcia, skąd się biorą. Nigdy nic przykrego nam się nie przytrafiło, najgorszym określeniem, jakie zdarza mi się słyszeć, jest słowo „Murzyn”, choć może za plecami czy w Internecie zdarzają się niewybredne komentarze. Moi znajomi, którzy mają radykalne poglądy o imigrantach czy uchodźcach, łagodnieją, gdy poznają Czekoladę. Nabierają szacunku, „odkrywają”, że praktycznie nic nas nie różni. Pamiętam jedną trudną sytuację, ale poszkodowana czułam się ja, nie mój mąż czy dzieci. Byliśmy na zakupach w supermarkecie. Klusku kilka metrów przede mną, Czekolada na drugim końcu sklepu. Para staruszków oceniła, że dziecko uciekło ojcu, którego widzieli kilka regałów dalej i postanowili zaczarapić Glorię i oddać w odpowiednie ręce. Nic nie dawały wyraźne sugestię, że to moje ręce będą odpowiednie, bo jestem mamą, usilnie szukali ojca. Ja wydałam im się chyba niewiarygodna jako matka tak ślicznej dziewczynki... Jedyną moją bolączką jest właśnie to, że dzieci nie są do mnie podobne i że na rodzinnych zdjęciach zawsze jestem białą plamą.

Jak sadzić, pielęgnować i kiedy przycinać róże

Jak się dogadujecie?
Początkowo, by się porozumieć, stworzyliśmy własny język. Powstał więc zlepek angielskiego i portugalskiego, brzmiący trochę jak tajemniczy kod. Teraz używamy zamiennie angielskiego, portugalskiego oraz polskiego. Kłócimy się po portugalsku. Wiele słów funkcjonuje dla nas tylko w jednym języku, bo tak jest łatwiej. Nie powiemy „prażona kukurydza” ani nawet „popcorn”, tylko „pipoca”, po portugalsku. Dzieci rozumieją we wszystkich trzech językach, mówienie przychodzi im trudniej. Ale pocieszam się, że i tak mają dobry start - jak nie będą mogły znaleźć roboty, zawsze mogą zostać tłumaczami.

Weronika da Cruz:

  • z wykształcenia historyk sztuki, dietetyk i technolog żywienia.
  • z zamiłowania instruktor fitnessu i trener personalny z 13-letnim stażem.
  • wielbicielka sztuk walki z uprawnieniami sędziowskimi.
  • pasją, której poświęciła się bez reszty, jest macierzyństwo. Mama 3,5-letniego Gabrysia, półtorarocznej Glorii i nienarodzonej „Trójki”, żona „czekoladowego męża”.


Dalszy ciąg rozmowy na drugiej stronie