Z Katarzyną Miller, współautorką książki "Instrukcja obsługi faceta", którą napisała wspólnie z Suzan Giżyńską, rozmawiamy o relacjach damsko-męskich i samoakceptacji.

Za nami premiera książki "Instrukcja obsługi faceta", ale w rzeczywistości to nie do końca jest instrukcja obsługi mężczyzny, to też książka o tym, jak pokochać siebie.

W tej książce jest mnóstwo porad i zaleceń związanych z konkretnymi sytuacjami damsko-męskimi. Ale też czujemy się w obowiązku przekazać istotną prawdę, że jeśli cię nawet pokocha iluś tam facetów, a ty siebie nie będziesz lubiła, to te miłości się zmarnują. Bo do tańca trzeba dwojga. Nie można napisać: zrób to i to, a będziesz mogła liczyć na dobry związek, ponieważ żeby coś zrobić naprawdę, nie można tego udawać. Działa to, co jest prawdziwe.

Oczywiście, nie tylko kobiety mają problem z samoakceptacją, mężczyźni również. Oczywiście kobiety, szukając tej akceptacji w ramionach mężczyzny, nagle mogą poczuć się docenione i ważne. Posiadanie zakochanego faceta może pomóc, ale na chwilę. Zakochanie stwarza iluzję, że zostanie tak na zawsze, ale kiedy nieprzytomność mija, zostaje pustka… Zatem, równolegle z uczeniem się mężczyzn, opłaca się zakrzątnąć się wokół siebie, wypracować w sobie takie fajne poczucie bycia kimś ważnym. Przyjemnie jest być w związku, ale magia trwa chwilę. A potem kobiety są zdziwione, że choć dalej są z partnerem "razem", to już nie jest tak jak na początku i znów nie czują się wystarczająco kochane i ważne. Wtedy zaczynają się żal, rozczarowanie, pretensje i psucie relacji.

Miło jest dostać wyrazy wsparcia od swojego mężczyzny, ale baza powinna tkwić w kobiecie. Tymczasem wielu kobietom wydaje się, że to wystarczy. I że to jest możliwe, by ktoś im tę samoakceptację dał z zewnątrz, okazując swoje zainteresowanie. Mam zwyczaj powtarzać: "jeżeli chcesz być rozczarowana, to miej scenariusze I oczekiwania". Życie nie układa się według scenariusza. Jest istotna różnica między stanem "chcę być kochana i będę na pewno kochana, bo to naturalne" a "oczekuję bycia kochaną, bo bez tego nie będę mogła żyć". Jeżeli nie kocham samej siebie, to jak mogę liczyć na to, że będę kochana przez kogoś?

Istnieje jakaś recepta na wypracowanie w sobie takiej samoakceptacji?

Nie ma recept – są metody, które można poznać, a przede wszystkim stosować. Jest masa propozycji na rynku - warsztaty, spotkania, książki, psychoterapia, coaching. Przestańmy w końcu pytać o recepty i marzyć o recepcie, może o pigułce, zacznijmy się dzielić sposobami uzyskiwania wiedzy i umiejętności. Na przykład ćwiczmy uważność na temat tego, co myślimy. O sobie szczególnie. Można zmienić sposób myślenia i traktowania siebie z ciągłego dopieprzania sobie na ciepły, serdeczny do siebie stosunek. Wymaga to inwestycji, ale w siebie, nie w faceta. Czasu, motywacji, wysiłku, często i pieniędzy. Ważna jest świadomość, ale nie wszystkie kobiety chcą być świadome. A potrzebna jest zmiana sposobu postrzegania rzeczywistości. I zmiana nawyków psychicznych.

Miałam kiedyś pacjenta-alkoholika, który przestał pić, bo zaczął codziennie słać łóżko. Widzi pani związek? Wypracował sobie nowy nawyk. Zamiast olewać, zaczął się starać dla samego siebie i być z siebie coraz bardziej zadowolonym. Jedyna recepta to podjęcie pracy nad sobą, zamiast czekać, że przyjdzie narzeczony, który nas uratuje albo narzeczona, która wszystko za nas zrobi.

W książce pisze pani też o obsesji: na punkcie tego, konkretnego faceta. Skąd się to bierze?

W swoich partnerach szukamy tego, czego nie dostałyśmy w dzieciństwie. Marzymy, że w naszym związku będzie zupełnie inaczej niż było w domu, z którego najczęściej chcemy wyjść jak najszybciej. I oby w ramiona tego, kto nas nareszcie naprawdę pokocha.To niemożliwe, bo to zupełnie inna relacja i inne kochanie - lub jego brak. Nieświadomie przedłużamy związek z rodzicem, który nas najwięcej "kosztował", aby tę relację w końcu pozytywnie rozwiązać. Jednak z partnerem nie da się zrobić tego, czego nie dało rady z rodzicem.

Czytaj dalej tu: Katarzyna Miller: Każda para to potencjalni król i królowa