Afrodyzjaki już na dobre zadomowiły się w dzisiejszej gastronomii. To kucharze rządzą naszym życiem seksualnym i coraz częściej szukają inspiracji w starożytności.

Nie wyciąg z włochatych afrykańskich pająków, nie owiane legendami hiszpańska mucha i sproszkowany róg nosorożca, lecz poczciwe czosnek albo pokrzywa, sprawdzone sposoby naszych antenatów, wprawiają nas w erotyczną gorączkę - wynika z najnowszych doniesień naukowców. Najszybciej wzięli sobie te rady do serca kucharze i to oni dyktują dziś afrodyzjakowe menu. Chcecie mieć udane życie seksualne? Czytajcie kulinarne kompendia. Ale uważnie, nie wszystko bowiem co dawne musi być skuteczne.

Na przykład ostrygi
Ludzkość zajadała się ostrygami od tysięcy lat, wierząc, że mają cudowne właściwości erotyczne. Lukullus radził, aby noc z ukochaną osobą zaczynać dopiero po zjedzeniu tuzina ostryg i wypiciu flaszki falerneńskiego wina, a Apicjusz nie wyobrażał sobie, że menu kochanków może nie zawierać świeżo zebranych małży skropionych cytrusami. Cóż jednak z tego, skoro współczesne badania dietetyków dowiodły, że ostryga jadalna, Ostrea edulis, jest, owszem, smaczna i zdrowa, ale nie wykazuje specjalnych właściwości erotycznie pobudzających.

To prawda, zawiera sporo cynku, ale cynk zawierają też szpinak, ostatnio także zdetronizowany w hierarchii afrodyzjaków, oraz orzechy, które od średniowiecza uważane były za obowiązkowe menu sprawnego kochanka. Profesor Thomas Ross z Uniwersytetu w Leeds twierdzi nawet, że nasza wiara w erotyczne właściwości ostryg to efekt propagandy antycznych Rzymian, budujących do hodowli tych małży specjalne cysterny ze słoną wodą. Rzymianie handlowali ostrygami na potęgę w całym ówczesnym cywilizowanym świecie, dorabiając do zysku sensacyjną legendę. Jak widać, przetrwała tysiąclecia.

Czytaj także: JANUSZE PODRYWU - NAJCIEKAWSZE WPISY Z FACEBOOKA

Czy zatem trzeba odesłać ostrygi do lamusa? Nic bardziej błędnego. Madame Pompadour, faworyta króla Francji Ludwika XV, mawiała, że to właśnie dzięki serwowanym kochankom ostrygom doszła do swojej pozycji na monarszym dworze. Można powiedzieć, że spełniły swoje zadanie nawet wbrew opinii medycyny.

Zapomniane garum
Jeśli zatem nie ostrygi, to co? Tadeusz Olszański, znawca tajemnic kulinarnych i autor książki „Kuchnia erotyczna”, wskazuje na garum - sos rybny, w swoim czasie najlepiej znany spożywczy towar eksportowy Rzymu. Dzisiaj garum znane jest przede wszystkim historykom gastronomii, ale przez tysiąc lat trwania imperium uważany był za afrodyzjak niemal doskonały.

Garum wytwarzano z wnętrzności ryb (np. makreli czy sardeli), małych rybek (sardynek, szprotek, barwen czy sardeli) w całości, a także z wnętrzności i krwi tuńczyka, które w dużym naczyniu mieszano z solą oraz ziołami, najczęściej z koprem, cząbrem, rutą, miętą i niemal czczonym w Rzymie majerankiem, przykrywano i wystawiano na słońce. Całość fermentowała, przy czym po około tygodniu masę codziennie mieszano. Po mniej więcej miesiącu wytworzony sos, o dość piekielnym zapachu i brunatnym kolorze, odcedzano i przelewano do amfor. Stamtąd czerpali go spragnieni uciech kochankowie. Za jedno cobgarium tego specyfiku (dziś około 3 litrów) płacono u hurtowników około 500 sztuk złota.

Oryginalnie sporządzone garum można dziś kupić jedynie w Kadyksie, gdzie prowadzi swoją knajpę La Curiosidad (Ciekawość) słynny kucharz Mauro Barreiro (dwie gwiazdki w przewodniku Michelina). Nie narzeka na klientów, a lokalna plotka głosi, że bywają u niego głównie ci, którym marzy się zostanie nowym Casanovą.