Mój kolega z ławki senackiej

    Mój kolega z ławki senackiej

    Krystyna Bochenek

    Dziennik Zachodni

    Dziennik Zachodni

    Sporą karierę zrobiło ostatnio w Polsce wahadło Foucaulta. Oglądaliśmy je kilka razy dziennie przed, w czasie i po poniedziałkowej debacie w murach Politechniki Gdańskiej, jednej z najstarszych uczelni technicznych kraju.
    Poszperałam w internecie. Pan o nazwisku Foucault chciał ponoć zostać lekarzem, ale ponieważ mdlał na widok krwi, postanowił się zająć materią nieożywioną, co widać było decyzją trafną. "Przybądźcie i zobaczcie jak kręci się Ziemia" - zachęcał wynalazca swoich kolegów-naukowców przed pierwszym pokazem wahadła w Obserwatorium Paryskim. Doświadczenie, które potwierdziło, że Ziemia obraca się wokół własnej osi, wywołało wśród uczonych ogromne poruszenie.
    Kilka tygodni później eksperyment, tym razem otwarty dla szerokiej publiczności, przeprowadzono pod kopułą paryskiego Panteonu. Wywołał furorę. I tak przeróżne instalacje wahadła Foucaulta można dziś znaleźć w wielu ważnych dla kultury, nauki czy polityki miejscach na całym świecie. Jedno ze znaczących wahadeł o wadze 64 kilogramów i długości 26 metrów oglądaliśmy przez cały tydzień na telewizyjnych ekranach. Ile razy się pojawiało, myślałam nie tylko o sprawach bieżących, o napięciach, które towarzyszyły debacie zarówno przed, w trakcie, jak i po, ale też o moim koledze z senackiej ławy, który był rektorem tej uczelni. Podczas najbliższego posiedzenia Senatu wypytam go szerzej o uczelnię i to wahadło.

    To zabawne pisać o kimś dostojnym i poważnym: mój kolega z ławki. Bo przecież ławka szkolna jest rekwizytem raczej sentymentalnym, z czasów uczniowskich, naszej młodości. A jednak... Mój kolega z ławy raczej, nie ławki, który czterokrotnie uzyskał mandat senatorski, to senator Edmund Wittbrodt, profesor z Gdańska. Niezwykle kulturalny i sympatyczny sąsiad z sali obrad plenarnych. Bardzo sobie chwalę to sąsiedztwo. A z tym, jak wiemy, w życiu różnie bywa. Koleżanka, kolega z pracy, z pokoju, zza biurka. Wielka niewiadoma. Nie zawsze mamy wpływ na to, z kim przyjdzie nam latami dzielić pokój, a może i biurko. Często dostajemy towarzystwo z rozdzielnika. Z jego nawykami, humorami, jedzeniem śniadania na papierach, telefonami do znajomych, czy szperaniem w naszej poczcie. A także z paleniem papierosów (chociaż to na szczęście przeszłość).

    Moja "ławkowa znajomość" jest udana, owocuje wieloma rozmowami, anegdotami, wymianą obserwacji, czasami radami. Na przykład niedawno pan senator pokazał mi garść swoich wspomnień sprzed 20 lat. Prosił bym je przeczytała przed opublikowaniem. Innym razem gorączkowo dyskutowaliśmy o niespodziewanych dotacjach dla Uniwersytetu Jagiellońskiego, czemu był przeciwny, mając na uwadze inne publiczne uczelnie naszego kraju. Rzeczowo uzasadniał swoje stanowisko, a miał do tego prawo szczególne, bo nie tylko był rektorem Politechniki Gdańskiej, ale też ministrem edukacji narodowej.
    Imponuje mi niezwykła skrupulatność profesora, staranność w prowadzeniu notatek, która wynika najpewniej z jego technicznego wykształcenia. Zawsze podziwiam osoby, które mają równe pismo. Innym razem pan senator opowiadał jak przebiegała debata zorganizowana przez dziennik "Polska", w której brał udział kilka tygodni przede mną. Mamy też, jak się okazuje, wspólnych znajomych, niekoniecznie z życia politycznego. Na przykład Krystynę Łubieńską, znaną aktorkę Teatru Wybrzeże, którą minister Zdrojewski uhonorował niedawno medalem Gloria Artis. Byliśmy oboje świadkami tej miłej uroczystości. W jednej zasadniczej sprawie trudno by było nam się zgodzić: on zapewne się cieszy z decyzji UEFA przyznającej organizację Euro 2012 Gdańskowi, ja tę decyzję kontestuję, ponieważ odebrała szanse Chorzowowi.

    Czasami żartujemy. Krótko przed zakończeniem ostatniego posiedzenia Edmund co chwila spoglądał na zegarek. Na pytanie, dlaczego tak się spieszy, odpowiedział, że przed wyjazdem do Gdańska musi jeszcze poszukać dla żony kremu pod oczy. - A w Gdańsku nie można takiego kremu dostać? - zapytałam irracjonalnie. - Nie wiem - zdziwił się senator - najpewniej można, ale wtedy żona musiałaby wydać swoje pieniądze, a tak dostanie krem w prezencie.

    I natychmiast wystukałam SMS do męża, żeby na lotnisku we Frankfurcie, w oczekiwaniu na samolot, kupił krem swojej żonie.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama