Ogromnie zapracowani prezydenci ze Śląska

    Ogromnie zapracowani prezydenci ze Śląska

    Michał Smolorz

    Dziennik Zachodni

    Aktualizacja:

    Dziennik Zachodni

    Wzorowy prezydent powinien wydać dyspozycje, rozliczyć ludzi z wykonania zadań i resztę dnia poświęcić na czytanie gazet. Władcy miast są jednak zajęci od świtu do nocy, bo źle organizują swój czas pracy.
    Ulubionym składnikiem autopromocji prezydentów śląskich miast jest wyliczanie, ile godzin dziennie pracują: szesnaście, siedemnaście, osiemnaście... Albo jeszcze dłużej, nie wspominając o sobotach i niedzielach, które oczywiście też spędzają w pracy. Prawdziwi męczennicy służby publicznej.
    Prezydent Zabrza, Małgorzata Mańka-Szulik, pytana, dlaczego zażądała dla siebie 1500 złotych podwyżki, natychmiast wyliczyła, że pracuje tyle godzin w tygodniu, że w przeliczeniu zarabia mniej niż sprzątaczka.

    Nie ma wywiadu dziennikarskiego, w którym prezydent Katowic, Piotr Uszok, nie informowałby, że w swoim biurze jest grubo przed świtem, a wychodzi głęboką nocą.
    Kiedy o godzinie 19.00 przyszedł na urodzinowy benefis dyrektora teatru Korez, Mirosława Neinerta (z którym jest serdecznie zaprzyjaźniony), wręczył mu kwiaty i też błyskawicznie wyszedł, gdyż, rzecz jasna, "czekają go pilne i ważne obowiązki służbowe".

    Nawet prezydent Bielska-Białej, Jacek Krywult, w okolicznościowym interview w "Polsce Dzienniku Zachodnim" z okazji wygrania plebiscytu na najskuteczniejszego samorządowca 2008 roku w województwie śląskim, nie omieszkał poinformować, ile czasu spędza w urzędzie kosztem prywatnego życia.

    Paradoks polega na tym, że to, co nasi samorządowcy uznają za swoją wielką zasługę, jest dla nich... kompromitujące. Prezydent miasta, spędzający w swoim biurze większość doby, daje jaskrawy dowód, że nie potrafi dobrze zorganizować pracy swojego urzędu, nie umie zatrudnić fachowych współpracowników, uznaje się za niezastąpionego. Ergo: nie nadaje się na swój urząd. Jest kilka przyczyn takiego stanu rzeczy.

    Mit troskliwego gospodarza



    Pierwsza przyczyna, to kwestie czysto wizerunkowe. Na Śląsku ciągle żyje kult urzędnika-gospodarza, który (wzorem XIX-wiecznego ekonoma na folwarku) osobiście dopilnowuje wszystkiego, cały poświęca się swojemu posłaniu, haruje od świtu do nocy.

    Pierwszy wojewoda śląski, Józef Rymer (1882-1922), przeszedł do miejscowej legendy, gdyż podobno... umarł z przepracowania. Dlatego - choć swój urząd pełnił ledwie kilka miesięcy - do dziś jest podawany za wzór lokalnego polityka. W rzeczywistości umarł na udar mózgu, a diagnozy o śmierci z przepracowania nie potwierdził żaden oficjalny dokument, ale mit żyje własnym życiem.
    Podobnie jest z legendą generała-wojewody Jerzego Ziętka: przychodził do urzędu o piątej rano, by o szóstej być już na budowach, gdzie doglądał wykopów, wylewania fundamentów i układania cegieł, grożąc kryką opieszałym majstrom. A nocą, gdy urząd zamierał, w gabinecie wojewody jeszcze długo świeciło się światło. Nie ma biografii Ziętka, w której ta kwestia nie byłaby podniesiona.

    Nierzadkie jest autentyczne wewnętrzne przekonanie urzędnika, że sam wszystko wie i potrafi najlepiej, a nikt inny nie umie i nie może mu dorównać. Na to nakłada się nieufność, że współpracownicy tylko czekają, aby szefowi podłożyć świnię, zaś wygłodniali zastępcy szukają okazji, by pryncypała wygryźć i zająć jego miejsce. Trzeba więc osobiście nad wszystkim czuwać i trzymać rękę na pulsie.

    1 3 »

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama