Polko: Żołnierzom trudno odnaleźć się w cywilu

    Polko: Żołnierzom trudno odnaleźć się w cywilu

    gen. Roman Polko

    Dziennik Zachodni

    Dziennik Zachodni

    O tym, gdzie znajdują pracę byli żołnierze jednostki GROM, a jak żyją ich zachodni koledzy - opowiada gen. Roman Polko, były szef GROM, w rozmowie z Dorotą Kowalską
    Polko: Żołnierzom trudno odnaleźć się w cywilu

    ©Bartek Syta

    Panie generale, trwają spekulacje, czy gen. Sławomir Petelicki popełnił samobójstwo, czy może ktoś go zabił. Jaka jest pana opinia?
    Z gen. Petelickim przez ostatnie dwa lata spotykałem się tylko w sądzie, gdzie toczyła się sprawa o ochronę moich dóbr osobistych. Dlatego też nie wypowiadam się na jego temat.

    Co pan myśli w takim razie o losach gromowców, którzy kończą służbę wojskową? Mówi się, że państwo polskie w ogóle o nich nie dba...
    To obiegowa, ale niestety dość prawdziwa opinia. Brakuje uregulowań systemowych, które pozwoliłyby tych ludzi wykorzystać. Gdy widzę, jak amerykański rząd inwestuje w moich emerytowanych towarzyszy broni z Kosowa czy Iraku, to im tego zwyczajnie zazdroszczę.

    Ale jak w nich inwestuje?
    Daje im w cywilu pracę w firmach powiązanych z sektorem publicznym, która wykorzystuje ich doświadczenie z wojska. I tak zajmują się lobbingiem na rzecz amerykańskiej zbrojeniówki, organizują szkolenia dla armii państw tzw. świeżych demokracji, dbają o bezpieczeństwo przedstawicielstw amerykańskich firm w zapalnych regionach świata. Wiem, że Ameryka to duży i bogaty kraj, który ma interesy w każdej części globu, ale przecież chodziły słuchy, że polscy "specjalsi" szkolili Libijczyków, co oznacza, że mamy takie zdolności i możliwości. Tyle że takie działania powinny się odbywać za wiedzą, pod kontrolą, a nawet z inspiracji państwa polskiego. Żebyśmy potem nie zastanawiali się, czy przypadkiem nie szkolili ludzi Kaddafiego.

    Jak to właściwie wygląda w Polsce: żołnierz GROM kończy służbę, i co dalej?
    Różnie, jak to w życiu, i co ciekawe, powodzenie w cywilu kompletnie nie ma związku ze stopniem wojskowym. Często podoficerowie radzą sobie lepiej niż oficerowie. Wszystko zależy od indywidualnych umiejętności i predyspozycji, ale naprawdę wielu byłych żołnierzy świetnie funkcjonuje chociażby w strukturach bezpieczeństwa państwa.

    To wstrząs odnaleźć się w nowym świecie?
    Ogromny. To prawdziwy skok na głęboką, nieznaną wodę. Dla człowieka, który większość życia spędził w mundurach, problemem jest nawet odnalezienie się w cywilnych ciuchach, a już nie daj Boże, gdy trzeba zacząć na co dzień nosić garnitur. W armii wszystko jest proste: regulamin precyzuje, kiedy mundur polowy, kiedy wyjściowy. Cywilny dress code to czarna magia.

    I jakie zajmują stanowiska ci, którym się udało?
    Naprawdę ważne i wysokie. Chociażby szefa sejmowej straży marszałkowskiej, gdzie trafiło kilku byłych gromowców. Podobno na początku chcieli z parlamentu zrobić fortecę, bo do kwestii bezpieczeństwa podchodzą naprawdę poważnie, ale szybko pogodzili się z cywilnymi realiami. (śmiech) Nie będzie tajemnicą, jeśli powiem, że CBA ma tzw. ramię wykonawcze (które odpowiada np. za zatrzymania) złożone z gromowców, że moi byli podwładni zajmują się ochroną Stadionu Narodowego. Poza tym wielu prowadzi własną działalność, świadcząc usługi związane z ochroną czy organizacją imprez z "ekstremalnymi" akcentami. Niektórzy są dyrektorami w bankach.

    Do spraw bezpieczeństwa?
    Nie tylko, nawet finansowymi. Bo GROM to nie tylko szturm z nożem w zębach. Były główny księgowy jednostki prowadzi w tej chwili wielkie biuro nieruchomości i ma swoich klientów w całej Europie. Ktoś powie, że księgowy w jednostce specjalnej to zaplecze pierwszej linii frontu. Zgoda, ale bez nich, bez sztabu, logistyków, finansistów, informatyków nie byłoby sukcesu jednostki, bo ich wiedza wspierała zespół. Byli równie świetni jak ci, co narażając życie, zdobywali platformy wiertnicze na wodach Zatoki Perskiej. I oni teraz w cywilu potwierdzają, że byli znakomitymi informatykami, księgowymi, logistykami. Szczerze mówiąc, najciężej jest znaleźć pracę tym, którzy działali w szturmie. Dlatego też istnieją fundacje, które mają za zadanie opiekować się tymi, którym wiedzie się najtrudniej.

    Słyszał pan o tym, że sami byli gromowcy mówią o sobie "prywaciarze"?
    Słyszałem. Myślę, że bierze się to także z tego, że do tej pory funkcjonowali w strefie państwowej, gdzie ktoś im organizował życie, stawiał zadania, ale i zapewniał wszystko, co niezbędne do życia. Prosty przykład: sam zacząłem jeździć samochodem dopiero po odejściu z wojska, mimo że prawo jazdy zrobiłem w wieku 18 lat i miałem prywatny samochód, bo jako dowódcę, nawet na niższych szczeblach, zawsze ktoś mnie woził. Inna rzecz, że znałem tylko drogę z pracy do domu, dopiero po odejściu z GROM zacząłem poznawać Warszawę. Pamiętam, jak dziwnie czułem się z tym, że nagle nikt nie stawiał przede mną nowych zadań, że mam mnóstwo wolnego czasu, nie muszę pilnować służbowej komórki. To rodzi niebezpieczną pokusę trwałego rozleniwienia. Tymczasem trzeba z pokorą, naprawdę z pokorą, uczyć się nowego zawodu, nowej pracy i rzeczywistości. Wreszcie słowo "prywaciarze" to tak naprawdę przytyk w stronę państwa, bo system w ogóle nas nie widzi, nie jest nami zainteresowany.

    I z czego to się bierze? Bo prawda jest taka, że wyszkoliliśmy superżołnierzy, z których potem nie korzystamy.
    Z niestety powszechnego w Polsce braku gospodarności: nikt nie liczy pieniędzy wydanych na szkolenie młodych emerytów, nikt nie obliguje ich do odpracowania wykształcenia. W wielu państwowych strukturach jest też zwykły strach, że jak sięgną po takich ekspertów z zewnątrz, a ci pokażą, że są lepsi, to udowodnią, jakimi jesteśmy miernotami i nas zdemaskują. Trudno mi to zrozumieć, bo wiele rzeczy człowiek by zrobił bez wynagrodzenia, specjalnych podziękowań.

    Pan pomysł na siebie po skończeniu służby jednak miał. Sam się zrodził czy po prostu dostał pan propozycję z zewnątrz?
    Ciężko nad sobą pracowałem. Wiedziałem, że sama kondycja fizyczna i praktyczne umiejętności nie wystarczą, stąd rozpoczęcie doktoratu, plany przekazywania swojej wiedzy, ale też i "trzymające w pionie" pasje, takie jak bieganie. W życiu prywatnym też się odnalazłem, mam dwoje dorosłych dzieci, dwoje małych. Przy nich dopiero widzę, jak dużo straciłem, będąc poza domem. Bo dzieci dają w kość, ale dają też niesłychanie dużo radości.


    *Burze szaleją nad Śląskiem. Idą kolejne. Zobacz zdjęcia
    *Nowy podział Śląska: koniec woj. opolskiego i śląskiego, wspólne górnośląskie
    Codziennie rano najświeższe informacje z woj. śląskiego prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      DZ poleca

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama